Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - D�uga noc sn�w
D�UGA NOC SN�W
Kiedy ju� potrafi�a porozumie� si� ze Starcami, przestali si� jej wydawa� podobni jeden do drugiego. I wcale nie byli starzy. Przynajmniej nie ta tr�jka, kt�ra najcz�ciej zajmowa�a si� pilnowaniem jej, karmieniem i odprowadzaniem na d�ugie seanse sn�w. Nauczyli si� m�wi� do niej Janine, albo przynajmniej wymawia� co�, co brzmia�o podobnie. Ich imiona by�y do�� skomplikowane, tyle �e ka�de mia�o skr�con� form�, na przyk�ad Tar, Tor, czy Hooay, reagowali, kiedy si� tak do nich zwraca�a z jak�� pro�b�, czy po prostu dla zabawy. A bawili si� bardzo ch�tnie, jak szczeniaki. Gdy wydostawa�a si� z jaskrawoniebieskiego kokonu, wycie�czona i spocona, prze�ywszy kolejne �ycie i kolejn� �mier�, po sko�czeniu nast�pnej lekcji z zalecanego przez Najstarszego kursu, jeden ze Starc�w zawsze czeka�, �eby z ni� troch� pogwarzy�, pomrucze� czy pog�aska�.
Ale to nie wystarcza�o. Nic nie by�o w stanie ukoi� jej po tym wszystkim, co ci�gle, wci�� od nowa dzia�o si� we snach.
Ka�dy dzie� by� podobny do poprzedniego. Po kilku godzinach niespokojnego snu, kt�ry nie dawa� wytchnienia, przewa�nie co� jad�a. Czasami mog�a si� pobawi� w berka czy �askotki z Hooayem lub Torem. Niekiedy udawa�o si� jej troch� po�azi� po Niebie Heech�w, ale nigdy nie spuszczano jej z oka. A potem Tor czy te� Hooay, albo kt�ry� z pozosta�ych, delikatnie prowadzi� j� z powrotem do kokonu, pomaga� jej wej�� do �rodka i godzinami, kt�re wydawa�y si� ca�ym �yciem, Janine by�a kim� innym. I to kim� bardzo dziwnym. Kobiet�. M�czyzn�. Istot� m�od�, star�, szalon�, kalek� - za ka�dym razem kim� innym. Lecz nigdy w pe�ni cz�owiekiem. Wi�kszo�� tych istot nie by�a lud�mi. Zw�aszcza te najwcze�niejsze, najstarsze.
�ycia, kt�re „�ni�a" i kt�re czasowo by�y najbli�sze, w najwi�kszym stopniu przypomina�y jej w�asne. By�y to chyba losy istot niepodobnych do Tora, Tara, czy Hooaya. Zazwyczaj nie nape�nia�y jej przera�eniem, cho� wszystkie ko�czy�y si� �mierci�. Prze�ywa�a przypadkowe, chaotyczne fragmenty z ich zmagazynowanych pami�ci, odzwierciedlaj�ce �ycie kr�tkie i niepewne, czy te� pos�pne i zaszczute. Kiedy zacz�a rozumie� mow� istot, kt�re j� wi�zi�y, zorientowa�a si�, �e prze�ywane przez ni� �ycia zosta�y specjalnie wybrane do zmagazynowania (ale wed�ug jakiego kryterium?). Ka�de zawiera�o jak�� specjaln� nauk�. Ka�de by�o lekcj�, z kt�rej korzysta�a. Nauczy�a si� rozmawia� z �yj�cymi - rozumie� ich ponur� egzystencj�. Podj�a ich obsesyjn� potrzeb� pos�usze�stwa. Byli niewolnikami. Czy te� mo�e trzymanymi dla przyjemno�ci zwierz�tkami? Kiedy robili to, co im kaza� Najstarszy, byli pos�uszni, a wi�c dobrzy. Kiedy z rzadka zdobywali si� na niepos�usze�stwo, spotyka�a ich kara.
Mi�dzy jednym a drugim seansem czasem widywa�a Wana, czasem siostr�. Celowo trzymano ich z dala od siebie, z pocz�tku nie rozumia�a, dlaczego. Zrozumia�a dopiero p�niej i w duchu �mia�a si� z tego kawa�u, kt�ry by� zbyt wielkim sekretem, �eby si� nim podzieli� nawet z �artownisiem Torem. Lurvy i Wan tak�e byli na etapie zdobywania wiedzy i znosili to niewiele lepiej.
Po pierwszych sze�ciu „snach" zna�a ju� mow� Starc�w. Co prawda jej narz�dy mowy nie najlepiej uk�ada�y si� do �wiergotliwych d�wi�k�w ich j�zyka, ale mo�na j� by�o zrozumie�. A co wa�niejsze - mog�a wydawa� polecenia. By�o to znaczne u�atwienie. Kiedy mia�a wr�ci� do swej celi, nie musieli jej ju� pogania�, ani rozbiera�, gdy nadchodzi�a pora k�pieli. Po dziesi�tej lekcji wr�cz si� zaprzyja�nili. Po pi�tnastej Janine (a tak�e Lurvy i Wan) wiedzieli prawie wszystko o Niebie Heech�w, r�wnie� i to, �e Starcy nie s� i nigdy nie byli Heechami.
Najstarszy te� nie by� Heechem.
A zatem kim? Tego si� z lekcji nie dowiedzia�a. Tar i Hooay, dok�adaj�c wszelkich stara�, pr�bowali jej wyja�ni�, �e Najstarszy to B�g. Ta odpowied� jej nie zadowala�a. Jak na boga by� zbyt podobny do swoich wyznawc�w, by stworzy� Niebo Heech�w, czy jakikolwiek jego element, na przyk�ad swoje w�asne cia�o. Nie. Niebo Heech�w zosta�o zbudowane przez Heech�w i tylko oni wiedzieli, w jakim celu, a Najstarszy Heechem nie by�. Przez ca�y ten czas ogromna maszyna nawet nie drgn�a, sta�a bez ruchu, jak martwa, podtrzymuj�c w sobie resztk� zamieraj�cego �ycia. Dla Janine, kiedy przechodzi�a przez centralne wrzeciono, wygl�da�a jak pomnik. Czasami zauwa�a�a niemrawy b�ysk jasnego koloru wok� zewn�trznych sensor�w, tak jakby maszyna znajdowa�a si� na granicy przebudzenia, a by� mo�e przygl�da�a si� im spod p�przymkni�tych powiek. W takich momentach Hooay i Tar przy�pieszali kroku. Nie by�o wtedy mowy o �askotkach czy �artach. Przewa�nie przemykali w absolutnej ciszy. Kt�rego� dnia w jej cieniu spotkali si� z Wanem - Janine w�a�nie sz�a do kokonu, Wan z niego wraca�. Hooay zaryzykowa� i pozwoli� im ze sob� porozmawia�.
- Sk�ra mi cierpnie na jej widok - rzuci�a Janine.
- M�g�bym j� dla ciebie zniszczy�, gdyby� tylko chcia�a - puszy� si� ch�opiec, z niepokojem spogl�daj�c przez rami� na maszyn�. Ale powiedzia� to po angielsku i by� na tyle m�dry, by nie t�umaczy� tych s��w stra�nikom. Tyle �e ju� sam ton g�osu Wana zaniepokoi� nieco Hooaya, kt�ry kaza� Janine czym pr�dzej odej��.
Janine zaczyna�a nawet lubi� swoich stra�nik�w, tak jak mo�na lubi� ogromnego, �agodnego psa poci�gowego, kt�ry m�wi. Du�o czasu up�yn�o, zanim zauwa�y�a, �e m�oda samica Tar jest w og�le samic�, albo �e jest m�oda. Wszyscy mieli rzadki zarost na twarzy i nad oczodo�ami, charakterystycznymi dla samc�w naczelnych. Coraz bardziej widzia�a w nich istoty o indywidualnych cechach, ni� przedstawicieli klasy „dozorc�w". Pot�niejszy i ciemniejszy z dwu samc�w nazywa� si� Tor, co stanowi�o tylko jedn� sylab� z d�ugiego i misternego imienia, z kt�rego brzmienia Janine potrafi�a wychwyci� jedynie s�owo „ciemny". Ale nie odnosi�o si� ono do jego karnacji. Bo w�a�ciwie by� ja�niejszy ni� jego wsp�ziomkowie. Imi� to mia�o raczej co� wsp�lnego z przygod� z dzieci�stwa, kt�ra mu si� przytrafi�a w odleg�ym, rzadko odwiedzanym zak�tku Nieba, gdzie wieczny metal Heech�w rzuca� niewiele �wiat�a. Tor przycina� sw� brod� tak, �e stercza�a po obu stronach szcz�ki jak dwa rozczapierzone rogi. To w�a�nie Tor najbardziej lubi� �arty i cieszy� si�, kiedy Janine bawi�a si� z nim. Na przyk�ad �artowa� sobie z niej m�wi�c, �e je�li jej samiec, Wan, jest w rzeczywisto�ci r�wnie bezp�odny jak wtedy, kiedy przebywa z Lurvy, b�dzie musia� poprosi� Najstarszego, �eby mu pozwoli� j� zap�odni�. Janin�, pieszcz�c w sercu swoj� s�odk� tajemnic�, nie odczuwa�a l�ku. Ale te� i nie odstr�cza�o jej to, poniewa� Tor przypomina� sympatycznego satyra i wydawa�o si� jej, �e w jego s�owach wyczuwa �artobliwy ton. Przesta�a uwa�a� siebie za smarkacza. Po ka�dym kolejnym d�ugim �nie stawa�a si� coraz starsza. W snach prze�ywa�a zbli�enia seksualne, jakich nigdy w �yciu nie dozna�a - czasami jako kobieta, cho� nie zawsze. Cz�sto odczuwa�a b�l i zawsze w�asn� �mier�. Prze�ycia takie nie zosta�y zarejestrowane na podstawie opowie�ci �ywej osoby - wyja�ni� jej to Hooay, bynajmniej nie w zabawie. O zabawie nie mog�o by� przecie� mowy w chwili, gdy t�umaczy� jej, jak otwiera si� m�zg, kt�ry nast�pnie wprowadza si� do maszyny rejestruj�cej. Janin� przyby�o lat, kiedy si� o tym wszystkim dowiedzia�a.
W miar� up�ywu czasu sny stawa�y si� coraz dziwniejsze i coraz bardziej odleg�e.
- Przenosisz si� w dalek� przesz�o�� - wyja�ni� jej Tor. - Ten jest najstarszy - t�umaczy� w drodze do kokonu - a mo�e i ostatni.
- Czy to kolejny dowcip, czy zagadka? - zatrzyma�a si� przy b�yszcz�cej le�ance.
- Nie, Danine - powag� pog�adzi� stercz�ce w bok k�pki zarostu. - Nie b�dzie ci si� podoba�.
- Dzi�kuj�.
U�miechn�� si� marszcz�c k�ciki swoich smutnych, �agodnych oczu.
- Ale to ostatni, kt�ry ja ci mog� da�. By� mo�e Najstarszy poka�e ci potem jeden ze swoich sn�w. Podobno kiedy� co� takiego ju� zrobi�, ale ja nie wiem, kiedy. Nikt tego w ka�dym razie nie pami�ta.
- Zaczynam si� ba� - Janine g�o�no prze�kn�a �lin�.
- Mnie te� kiedy� nape�ni� strachem - powiedzia� �agodnie. - Ale pami�taj, to tylko sen. - Zamkn�� jej siatk� nad g�ow� i Janine przez chwil� walczy�a ze snem, lecz jak zawsze uleg�a... i sta�a si� kim� innym.
�y�a sobie kiedy� pewna istota. Samica, w ka�dym razie nie „rzecz", je�li wierzy� Kartezjuszowi, poniewa� mia�a �wiadomo�� w�asnej egzystencji i dlatego by�a to „ona".
Nie mia�a imienia. Ale po�r�d swoich wsp�ziomk�w wyr�nia�a si� ogromn� blizn�, kt�ra bieg�a od ucha do nosa - �lad po kopycie umieraj�cej drapie�nej bestii, kt�ra o ma�y w�os jej nie zabi�a. Oko z tej strony zagoi�o si�, lecz powieka zosta�a nieco zniekszta�cona, wi�c mo�na by j� nazwa� „Zezulk�".
Zezulka mia�a sw�j dom. Nic szczeg�lnego - po prostu wygniecione gniazdo w k�pce czego�, co przypomina�o trzcin� papirusa, cz�ciowo os�oni�te wzg�rkiem ziemi. Ale Zezulka i jej krewni codziennie wracali do tych swoich gniazd i to wyr�nia�o ich od wszystkich innych �ywych osobnik�w, kt�rzy poza tym byli zupe�nie do nich podobni. I jeszcze jednym nie przypominali istot �yj�cych obok nich - tym, �e pos�ugiwali si� przedmiotami, kt�re nie stanowi�y cz�ci ich cia�a. Zezulka nie by�a pi�kna. Mierzy�a niewiele ponad metr. Nie mia�a brwi - zlewa�y si� z nimi w�osy na czaszce. Nie ow�osione by�y tylko nos i ko�ci policzkowe. Nie mia�a r�wnie� podbr�dka. D�onie wyposa�one by�y w palce, zazwyczaj zaci�ni�te, tak �e wierzch d�oni pokrywa�y blizny i odciski - nie potrafi�a za dobrze rozdziela� palc�w - w ka�dym razie nie lepiej ni� palce u st�p, kt�re prawie z identyczn� wpraw� chwyta�y r�ne przedmioty.
Zezulka by�a w ci��y, cho� nie zdawa�a sobie z tego sprawy. Osi�gn�a dojrza�o�� i mog�a rodzi� ju� po pi�tej porze deszczowej swego �ycia. Nim sko�czy�a trzyna�cie lat by�a w ci��y dziewi�� czy dziesi�� razy nie wiedz�c o tym nigdy do momentu, kiedy zda�a sobie spraw� z tego, �e nie mo�e ju� tak szybko biega�, �e coraz trudniej jej z tak� pi�k� w brzuchu wyrywa� wn�trzno�ci drapie�nego zwierz�cia, i �e jej sutki zaczynaj� nabrzmiewa� pokarmem. W�r�d pi��dziesi�ciu osobnik�w spo�eczno�ci, w kt�rej �y�a, przynajmniej czw�rka to by�y jej dzieci. Kilkunastu samc�w mog�o by� lub by�o ich ojcami. Zezulka zdawa�a sobie spraw� relacji matka - dziecko, ale nie z tej drugiej. Co najmniej jeden z m�odych samc�w, o kt�rym wiedzia�a, �e to jej dziecko, m�g� spokojnie by� ojcem kolejnego i wcale jej to nie niepokoi�o. To co robi�a z samcami, kiedy cia�o poni�ej jej chudych po�ladk�w nabrzmiewa�o i czerwieni�o si�, nie mia�o w jej odczuciu �adnego zwi�zku z rodzeniem dzieci. Ani te� z przyjemno�ci�. To tak, jakby co� j� sw�dzia�o i nale�a�o si� podrapa�. Zezulka nie potrafi�a okre�li�, co to „przyjemno��", chyba, �e jako brak b�lu. Ale nawet gdyby zrozumia�a co to jest przyjemno��, to ma�o jej zazna�a w swoim �yciu.
Kiedy ziej�cy ogniem l�downik Heech�w z rykiem pojawi� si� ponad chmurami, Zezulka oraz pozostali czym pr�dzej uciekli. �adne z nich nie widzia�o, jak l�downik osiad� na ziemi.
Je�li wy�awiasz rozgwiazd� z dna morza, �opat� wyci�gasz j� z kub�a pe�nego mu�u i wrzucasz do zbiornika, a nast�pnie biolog rozpina j� i bada jej system nerwowy - to czy rozgwiazda �wiadoma jest tego, co si� z ni� dzieje?
Zezulka mia�a wi�cej �wiadomo�ci ni� rozgwiazda. Ale z drugiej strony - tak niewiele jeszcze w �yciu prze�y�a. Nic nie rozumia�a z tego, co si� jej przydarzy�o od momentu, kiedy zobaczy�a ten jaskrawy b�ysk. Nie poczu�a uk�ucia usypiaj�cej ig�y. Nie wiedzia�a, �e zosta�a zaniesiona do l�downika, gdzie zamkni�to j� wraz z dwunastoma wsp�ziomkami. Nie poczu�a przyt�aczaj�cego przy�pieszenia, kiedy startowali, ani niewa�ko�ci w czasie podr�y. Nie wiedzia�a, co si� z ni� dzia�o a� do chwili, gdy na powr�t pozwolono jej si� obudzi�. Ale te� nie rozumia�a tego, co wtedy zobaczy�a.
Wszystko by�o inne!
Woda. Woda, kt�r� pi�a, nie pochodzi�a ju� z zamulonego brzegu rzeki, lecz z b�yszcz�cej, twardej rynny. Kiedy nachyla�a si�, by j� ch�epta�, spod powierzchni nie wy�ania�a si� �adna istota, gotowa j� zaatakowa�.
S�o�ce i niebo. Nie by�o s�o�ca! Nie by�o chmur ani deszczu. Tylko twarde, b�yszcz�ce niebieskim �wiat�em �ciany, a nad g�ow� b�yszcz�cy niebieski sufit.
Jedzenie? Nie by�o �adnej �ywej istoty, kt�r� da�oby si� z�apa� i rozerwa� na strz�py. Tylko p�askie, twarde, pozbawione smaku grudki substancji do �ucia. Nape�nia�y �o��dek i nigdy ich nie brakowa�o. Cho�by nie wiem ile jedli, ci�gle pojawia�y si� nast�pne.
Najbardziej trwo�y�y j� obrazy, d�wi�ki i zapachy. Smr�d, jakiego nigdy w �yciu nie czu�a - a� kr�ci� w nosie i napawa� przera�eniem. Unosi�a si� te� wo� jakiej� �ywej istoty, lecz nigdy nie widzia�a tego, kto j� wydziela�. R�wnie przykry by� brak normalnych zapach�w. Na przyk�ad jelenia czy antylopy. Albo kota (na szcz�cie!). Nie by�o nawet smrodu ich w�asnych odchod�w, w ka�dym razie nie za mocny. Rzadko chronili si� gdzie� w ci�gu dnia, a miejsce, w kt�rym tulili si� razem do snu, po ka�dym ich wyj�ciu czyszczono. Tam urodzi�o si� jej dziecko. Pozostali narzekali, �e jego j�ki nie daj� im spa�. Kiedy obudzi�a si� i chcia�a je podnie�� do piersi, �eby z�agodzi� nieco gor�cy u�cisk w sutkach, dziecka ju� nie by�o. Nie zobaczy�a go nigdy wi�cej.
Dziecko Zezulki by�o pierwszym, kt�re znikn�o tu� po narodzeniu. Ale nie ostatnim. Przez pi�tna�cie lat cz�onkowie niewielkiej rodziny australopitek�w jedli, kopulowali, dzieci si� rodzi�y, doro�li starzeli, lecz w sumie ich liczba mala�a, poniewa� ma�e natychmiast po urodzeniu zabierano. Wygl�da�o to tak: kt�ra� z samic kuca�a, par�a, st�ka�a i rodzi�a. Potem wszyscy zasypiali, a kiedy si� budzili, noworodka ju� nie by�o. Od czasu do czasu umiera� jaki� doros�y, albo prawie umiera�, bo le�a� skulony j�cz�c i wiedzieli, �e ju� wi�cej nie wstanie. Potem znowu wszyscy szli spa�. W tym czasie doros�y albo jego cia�o znika�o. By�o ich trzydzie�cioro, potem dwadzie�cioro, potem dziesi�cioro - w ko�cu zosta�a tylko Zezulka, bardzo stara, dwudziestodziewi�cioletnia samica. Wiedzia�a, �e jest stara. Nie wiedzia�a, �e umiera. Czu�a tylko rozdzieraj�cy b�l w brzuchu i �kaj�c z trudem �apa�a powietrze. Nie zdawa�a sobie sprawy z tego, �e umar�a. Wiedzia�a tylko, �e ten b�l usta� i wtedy u�wiadomi�a sobie inny b�l. A nawet w�a�ciwie nie b�l. Co� dziwnego - odr�twienie. Widzia�a, ale dziwnie p�asko, migocz�co, w dziwacznej rozstrzelonej gamie barwnej. Nie potrafi�a patrze� w ten spos�b, nie rozpoznawa�a rzeczy, kt�re widzi. Pr�bowa�a odwr�ci� wzrok, ale oczy si� nie porusza�y. Pr�bowa�a poruszy� g�ow�, r�koma, nogami, ale nie mog�a, bo ich nie mia�a. W takim stanie znajdowa�a si� do�� d�ugo.
Zezulka nie by�a preparatem - takim, jak spreparowany przez biologa uk�ad nerwowy kruchej rozgwiazdy. By�a eksperymentem.
Ale eksperymentem niezbyt udanym. Pr�ba zachowania jej to�samo�ci w pami�ci maszyny nie powiod�a si� z tych samych wzgl�d�w, z jakich nie powiod�y si� wcze�niejsze pr�by z pozosta�ymi cz�onkami plemienia, czyli z powodu reakcji chemicznych nie adekwatnych do receptor�w, niepe�nego przep�ywu informacji, czy niew�a�ciwego kodowania. Eksperymentuj�cy Heechowie natykali si� po kolei na te wszystkie problemy i jako� je rozwi�zywali. W jej przypadku nie odniesiono sukcesu, czy te� odniesiono po�owiczny sukces z innego powodu. Istota, kt�r� mo�na by nazwa� „Zezulka", mia�a za ma�o to�samo�ci. Nie by�a biografi� czy nawet dziennikiem. Stanowi�a raczej co� w rodzaj ucensus datum - przerywanej b�lem i ilustrowanej strachem.
Ale nie by� to jedyny eksperyment, jaki Heechowie w tym czasie przeprowadzali.
W innym fragmencie ogromnej maszynerii, kt�ra kr��y�a po orbicie ziemskiego S�o�ca, w odleg�o�ci p� roku �wietlnego zaczyna�y nowy rozdzia� swojego �ycia skradzione dzieci. �y�y zupe�nie inaczej ni� Zezulka - w swej egzystencji podlega�y automatycznej kontroli, heurystycznym testom i zaprogramowanym wyzwaniom. Heechowie zorientowali si�, �e te australopiteki, cho� daleko im do istot inteligentnych, nosz� w sobie zal��ki przysz�ej, m�drzejszej rasy. Postanowili przy�pieszy� ten proces.
Post�p jaki osi�gni�to w ci�gu pi�tnastu lat, od chwili porwania kolonii z jej prehistorycznego domu w Afryce a� do �mierci Zezulki, nie by� zbyt imponuj�cy. Ale Heech�w to nie zniech�ca�o. Nie spodziewali si� zbyt wielkich sukces�w po pi�tnastu latach. Ich plany si�ga�y znacznie dalej.
Poniewa� jednak plany te wymaga�y, by wszyscy znale�li si� zupe�nie gdzie indziej na d�ugo przedtem nim jakakolwiek iskra inteligencji wyjrzy z oczu jednego z potomk�w Zezulki, zbudowali co potrzeba. Skonstruowali i zaprogramowali artefakt, kt�ry mia� istnie� wiecznie. Tak to zorganizowali, �e po�ywienie CHON dociera�o z odpowiedniego przetwarzacza substancji kometarnej, kt�ry i tak ju� obs�ugiwa� inne obiekty, a kt�ry potencjalnie by� r�wnie d�ugowieczny. Skonstruowali maszyny, by co jaki� czas sprawdza�y umiej�tno�ci potomk�w tych dzieci i powtarza�y zapisy tak cz�sto, jak tylko potrzeba do sporz�dzenia schematu to�samo�ci, kt�remu mo�na by si� p�niej przyjrze�. Je�li oczywi�cie kt�rykolwiek z Heech�w mia�by kiedy� wr�ci� i sprawdzi� wyniki eksperymentu. Cho�, ze wzgl�du na inne plany, taka ewentualno�� wydawa�a im si� bardzo ma�o prawdopodobna.
Ich plany zawiera�y jednak wiele alternatyw, wi�kszo�� z nich r�wnoleg�ych, poniewa� przedmiot tych plan�w mia� dla nich ogromne znaczenie. Mo�e nikt z nich nie wr�ci. Albo mo�e wr�c� tylko niekt�rzy.
Zezulka nie potrafi�a porozumiewa� si� czy dzia�a� w jakikolwiek spos�b, wi�c eksperymentuj�cy Heechowie zapobiegliwie wymazali afektywne fragmenty z jej zapisu i postawili go na p�ce jak ksi��k� w bibliotece - �eby mogli z niej w przysz�o�ci skorzysta� ci, kt�rzy zechc� (kimkolwiek b�d�). To zadanie przypad�o w�a�nie Janine, kt�ra mia�a prze�ywa� to, co Zezulka prze�y�a setki tysi�cy lat temu. Zmagazynowane pami�ci przekazywa�y pewne klucze i dane tym pokoleniom, kt�re by�yby w stanie je zrozumie�. Heechowie jak zawsze posprz�tali po sobie. I oddalili si�, pozwalaj�c, �eby i ten eksperyment, podobnie jak wiele innych, toczy� si� w�asnym torem.
Przez osiemset tysi�cy lat.
- Danine - j�cza� Hooay. - Danine, �yjesz?
Popatrzy�a na niego, ale obraz nie by� ostry - wygl�da� jak zamglony ksi�yc w pe�ni ze stercz�cymi z ty�u dwoma ogonami komet.
- Pom� mi wsta� - za�ka�a. - Zabierz mnie st�d!
Ten sen by� najgorszy ze wszystkich. Janine czu�a si� zgwa�cona, pobita, rozdarta, inna. Jej �wiat ju� nigdy nie b�dzie taki, jak dotychczas. Nie zna�a s�owa „australopitek", ale wiedzia�a, �e �ycie, w kt�rym przed chwil� uczestniczy�a, by�o �yciem zwierz�cia. A nawet gorzej, bo w jakim� ciemnym zakamarku m�zgu Zezulki ja�nia�a iskierka my�lenia, a potem i niechciana zdolno�� do odczuwania strachu.
Janine by�a wyko�czona i czu�a si� starsza od Najstarszego. Dopiero co sko�czy�a pi�tna�cie lat, a ju� nie by�a dzieckiem. Ten kredyt zosta� ju� wyczerpany. Dzieci�stwo mia�a za sob�. Zatrzyma�a si� przy pomieszczeniu o pochy�ych �cianach - swojej celi.
- Danine, co si� sta�o? - spyta� Hooay z niepokojem.
- Opowiem ci kawa� - odpar�a.
- Nie wydaje mi si�, �eby ci by�o do �miechu.
- Ale to �mieszne. Pos�uchaj. Najstarszy zamkn�� Wana z moj� siostr�, �eby si� rozmna�ali. Tyle �e ona nie b�dzie mia�a dzieci. Przesz�a operacj� i nie mo�e ju� rodzi�.
- Nic w tym �miesznego - zaoponowa�. - Nikt by czego� takiego nie zrobi�!
- Ale ona zrobi�a. Nic si� nie b�j - doda�a szybko. - Nie ukarz� ci� za to. Teraz po prostu przyprowad� ch�opca do mnie.
W jego �agodnych oczach b�ysn�y �zy.
- Jak mam si� nie ba�? Mo�e powinienem obudzi� Najstarszego? - �zy sp�ywa�y mu po twarzy. By� przera�ony.
Pr�bowa�a go pocieszy� i utuli�, a� nadeszli pozostali Starcy, z kt�rymi podzieli� si� strasznym dowcipem. Janine po�o�y�a si� na swoim legowisku staraj�c si� nie s�ucha� ich o�ywionych �a�osnych g�os�w. Nie spa�a, ale le�a�a z zamkni�tymi oczami, kiedy us�ysza�a jak Wan z Torem podchodz� do drzwi. Ch�opiec zosta� wepchni�ty do �rodka. Wsta�a, �eby si� z nim przywita�.
- Obejmij mnie, Wan - poprosi�a.
Spojrza� na ni� spode �ba. Nikt mu nie wyja�ni�, o co chodzi. On te� sp�dzi� swoj� godzin� w le�ance razem z Zezulka. Wygl�da� okropnie. Nie mia� czasu przyj�� do siebie po grypie, nie nabra� si� i nie zd��y� si� jeszcze przyzwyczai� do istotnych zmian, jakie nast�powa�y w jego �yciu od czasu, kiedy spotka� Herter-Hall�w. Mia� podkr��one oczy, bruzdy w k�cikach ust, brudne nogi. Brudne te� by�o jego podarte ubranie.
- Boisz si�, �e si� przewr�cisz? - zapiszcza�.
- Nie, nie boj� si�. Przesta� piszcze�. M�w do mnie normalnie.
Zrobi� zdziwion� min�. Postara� si� jednak przestawi� g�os na ni�szy ton, jak go tego uczy�a.
- O co ci chodzi?
- Och, Wan! - pokr�ci�a g�ow�, niecierpliwie robi�c krok naprz�d i staj�c niebezpiecznie blisko niego. Nie musia�a mu m�wi�, co ma robi�. Obj�� j� niczym automat - obydwoma ramionami na tej samej wysoko�ci, jakby by�a beczk�, kt�r� trzeba podnie��, d�onie mia�d�y�y jej �opatki. Przycisn�a wargi do jego warg, z pocz�tku twardych, suchych i zaci�ni�tych, a potem rozchylonych.
- Pami�tasz, co to takiego? - spyta�a.
- Oczywi�cie, poca�unek.
- Ale nie tak. Spr�bujmy jeszcze raz. Zobacz, jak ja to robi�. - Wysun�a czubek j�zyka spomi�dzy przymkni�tych warg i zacz�a nim delikatnie przesuwa� po jego zamkni�tych ustach. - Tak jest lepiej, nie uwa�asz? - odchyli�a g�ow� do ty�u. - Czuj� si� jakbym... jakbym mia�a zwymiotowa�.
Przestraszony chcia� cofn�� si� o krok, ale znowu przysun�a si� do niego.
- No, mo�e to nie najlepsze okre�lenie. Ale czuj� si� tak jako� dziwnie.
Sta� blisko niej - napi�ty, z g�ow� odrzucon� do ty�u i bardzo zmieszanym wyrazem twarzy.
- Ma�y Jim m�wi, �e ludzie robi� to przed kopulowaniem - starannie utrzymywa� g�os w dolnej tonacji. - Albo jedna osoba robi to, �eby sprawdzi�, czy druga jest nagrzana.
- Tfu, co za s�owo! Powiedz lepiej „zakochana".
- My�l�, �e by� zakochanym to co innego - odpar� z uporem. - Ale faktycznie poca�unek jest zwi�zany z kopulowaniem. Ma�y Jim m�wi...
Po�o�y�a mu r�ce na ramionach.
- Tutaj nie ma Ma�ego Jima.
- Tak, ale Paul nie chce, �eby�my...
- Paula te� nie ma - powiedzia�a dotykaj�c jego szczup�ej szyi czubkami palc�w, ciekawa swych odczu�. - Lurvy te�. Poza tym, nie obchodzi mnie, co oni my�l�. - Stwierdzi�a, �e to bardzo dziwne uczucie. W�a�ciwie nie by�o jej niedobrze, ale mia�a dziwaczne wra�enie, �e w brzuchu jej si� co� przelewa. By�o to co� zupe�nie nowego i nawet przyjemnego.
- Najpierw ja ci� rozbior�, a potem ty mnie. Prze�wiczyli raz jeszcze poca�unek.
- Wydaje mi si�, �e teraz nie powinni�my sta�. - Chwil� p�niej, kiedy le�eli, otworzy�a oczy, �eby spojrze� w jego szeroko rozwarte oczy.
Uni�s� si� nieco, �eby mie� lepsz� pozycj� i wyczu�a, �e si� zawaha�.
- Je�li to zrobi�, mo�esz zaj�� w ci���.
- A je�li nie zrobisz, chyba umr�.
Kiedy kilka godzin p�niej Janine si� zbudzi�a, Wan ju� nie spa�, by� ubrany. Siedzia� opieraj�c si� o poprzecinan� z�otymi �y�kami �cian�. Serce Janine wyrywa�o si� do niego. Wygl�da�, jakby si� postarza� o pi��dziesi�t lat. Wydawa� by si� mog�o, �e m�odzie�cz� twarz po��obi�y dziesi�tki lat trud�w i b�lu.
- Kocham ci�, Wan - powiedzia�a. Poruszy� si�.
- Ach tak... - pisn��. Potem si� zreflektowa� i zni�y� g�os. - Tak, Janine - zamrucza�. - Ja te� ci� kocham. Ale nie mam poj�cia, co te� oni zamierzaj�..
- Chyba nie zrobi� ci krzywdy.
- Mnie? - zdziwi� si� pogardliwie. - Martwi� si� o ciebie. Przecie� sp�dzi�em tu ca�e �ycie i pr�dzej czy p�niej co� takiego musia�o si� sta�. Ale ty... boj� si� o ciebie. Bardzo tam g�o�no - doda� ponuro. - Najwyra�niej co� si� dzieje.
- Chyba nie zrobi� nam krzywdy. Przecie� nie mogliby nas ju� bardziej skrzywdzi� - poprawi�a si�, maj�c na my�li le�ank� sn�w. Odleg�e �wiergotliwe g�osy zbli�a�y si�. Zd��y�a si� ubra� i rozejrze� doko�a, nim us�ysza�a, jak Tor pozdrawia stoj�cego przy drzwiach Hooaya.
Nie by�o najmniejszego �ladu wskazuj�cego na to, co si� sta�o. Ani jednej kropli krwi. Ale kiedy zmartwiony i zdenerwowany Tor otworzy� drzwi, zatrzyma� si� w progu przygl�daj�c si� im podejrzliwie i w�sz�c.
- Wygl�da na to, �e nie b�d� musia� ci� zap�adnia� - powiedzia� serdecznie, ale sam by� przestraszony. - Ach, Danine! Sta�o si� co� strasznego. Tar zasn�a i starsza samica uciek�a.
Zaci�gn�li Wana i Janine do wrzeciona, w kt�rym zebrali si� prawie wszyscy Starcy. T�oczyli si� zatrwo�eni. Troje z nich, przera�liwie chrrapi�cych, le�a�o rozci�gni�tych na ziemi. Byli to Tar i dwaj pozostali stra�nicy Lurvy, kt�rzy nie sprostali swojemu zadaniu, i kt�rych w�r�d og�lnego przera�enia i pot�pienia przywleczono przed oblicze Najstarszego. On sam pozostawa� bez ruchu na piedestale, a kolorowe kaskady �wiat�a ze szmerem obiega�y jego obwody.
�adna istota z krwi i ko�ci nie potrafi�a odczyta� my�li Najstarszego. By� metalem. By� gro�ny. Nie mo�na by�o go zrozumie�, czy te� mu si� przeciwstawi�. Ani Wan, ani Janine, ani te� �adne z jego piszcz�cych dzieci nie by�o w stanie dostrzec strachu i z�o�ci, kt�re w zawrotnym tempie przep�ywa�y przez obwody pami�ci. Strachu, �e co� zagra�a jego planom. W�ciek�o�ci, bo dzieci nie wykona�y jego rozkaz�w.
Tr�jka, kt�ra zawini�a, zostanie ukarana, cho�by dla przyk�adu. Pozosta�ych, oko�o dwustu, za to, �e nie dopilnowali jego polece�, te� b�dzie nale�a�o ukara�, mo�e tylko nie tak surowo, �eby nie wygin�a rasa. A je�li chodzi o przybysz�w - dla nich �adna kara nie wydawa�a si� dostatecznie sroga. Mo�e nale�a�o ich zniszczy�, tak jak ka�dy organizm, kt�ry zagra�a zdrowiu swego gospodarza. A mo�e nale�a�o zrobi� co� wi�cej? Ale czy to, co le�a�o w jego mo�liwo�ciach, by�o dostatecznie srog� kar�?
Co by� w stanie zrobi�? Zmusi� si� do tego, �eby wsta�. Janine zauwa�y�a, �e kiedy wyprostowa� si�, strumienie �wiate� zamigota�y i u�o�y�y w pewien wz�r.
- Samic� nale�y z�apa� i zakonserwowa� - przem�wi�. - Natychmiast!
Sta� niepewnie ko�ysz�c si�. Efektory ko�czyn dr�a�y nier�wnomiernie. Ukl�k�, raz jeszcze analizuj�c r�ne mo�liwo�ci. Wysi�ek, �eby uda� si� do pomieszczenia kontrolnego i ustawi� kurs, k��bowisko my�li, kt�re go do tego zmusi�y i p� miliona lat �ycia - wszystko to zbiera�o teraz swoje �niwo. Potrzebowa� czasu, �eby „odpocz��", by jego autonomiczny uk�ad nerwowy m�g� wy�ledzi� i naprawi� wszelkie usterki, a tego czasu by� mo�e nie pozosta�o mu ju� za wiele.
- Nie bud�cie mnie, dop�ki nie wykonacie tego polecenia - powiedzia� i �wiat�a na powr�t zacz�y mruga� do�� przypadkowo, a� wygas�y ca�kowicie.
Janine, dr��ca ze strachu, wtulona w ramiona Wana, kt�ry sta� plecami do Najstarszego, �eby w razie czego m�c j� obroni�, wiedzia�a, zanim ktokolwiek jej to wyja�ni�, �e „zakonserwowa�" znaczy „zabi�". By�a przera�ona.
A jednocze�nie zaintrygowana.
Podczas procesu Starcy nie przestali chrapa�, a na pewno nie zasn�li przypadkowo. Janine zorientowa�a si�, �e to na skutek u�ycia broni usypiaj�cej. Wiedzia�a ponadto, �e nikt z ich wyprawy takiej broni nie posiada�.
Dlatego wcale nie by�a zdziwiona, kiedy godzin� p�niej, gdy z powrotem znale�li si� w celi, us�yszeli nagle za drzwiami st�umione chrapanie.
Nie zdziwi�a si� te�, kiedy po chwili wbieg�a do �rodka jej siostra wymachuj�c broni� i co� do nich krzycz�c. Wcale nie by�a zdziwiona, �e za Lurvy pojawi� si� obszarpany Paul, kt�ry przeszed� nad �pi�cym Torem. Nawet nie zdziwi�o jej to, a w�a�ciwie nie za bardzo, kiedy zobaczy�a, �e jest z nimi jeszcze jeden uzbrojony m�czyzna, kt�rego chyba rozpozna�a. Nie mia�a ca�kowitej pewno�ci. Ale tego kogo� zna�a jeszcze, kiedy by�a dzieckiem. Przypomina� te� osob�, kt�r� widywa�a w przekazywanych z Ziemi programach P-wizyjnych i w �yczeniach nadsy�anych z okazji �wi�t i urodzin - by� to Robinette Broadhead.
Strona g��wna
Indeks